header image
 

Gdyby kamień potrafił mówić…

Gdyby kamień potrafił mówić, jaką historię by opowiedział?

Tyle, ile na świecie kamieni, tyle historii. Każdy z nich mógłby przytoczyć całkiem prywatną opowieść, okalaną chmurą tajemnic, złożonych z garści prawdy, szczypty ironii i ziarenka niedopowiedzeń. Idąc przed siebie, goniąc za własnym szczęściem, doczesnymi dobrami, deptamy kolejne kamienie, nie zastanawiając się, co mogłyby nam powiedzieć. Może wytknąć nasze wady, naprawić nasze życie? Gdybyśmy choć na chwilę zatrzymali się. Przestali być… zresztą, na co komu przydadzą się moje, dziecinne, nic nie znaczące słowa? Przecież jestem tylko dzieckiem, rozwrzeszczaną nastolatką, wiedzącą o życiu tyle, co nic. A co może wiedzieć głupi, niepotrzebny nikomu kamień? Zapewne miliard razy więcej, niż wszyscy rodzice, niż wścibska sąsiadka, niż uparty nauczyciel historii, czy biedak, żebrający obok kościoła…

Cicho leżę w ukryciu, patrząc na Ciebie. Obserwuję, jak coraz bardziej zataczasz się, spadasz w otchłań swojego pustego życia, jednocześnie upadając na ziemię. Skrawki stłuczonego na ziemi szkła przedziurawiły Ci skórę dłoni, jednocześnie powiększając bliznę na Twoim starym, zimnym sercu. Jest zimniejsze niż temperatura powietrza w ten grudniowy wieczór. Spoglądasz przed siebie, widzisz świecące lampki na szyldzie zamkniętego, monopolowego sklepu. Jest wigilia. Prychnąłeś lekceważąco, przecież to zwykły, przereklamowany dzień dla zaimprowizowania rodzinnej sielanki, dla wszystkich snobów i pseudo-katolików. Nie dla Ciebie. Resztką sił siadasz na pokrytej lodem starej, drewnianej ławce, wycierając krew o rąbek kurtki. Uważnie oglądasz ten przerażający nocą park. Pamiętasz, jaki wydawał Ci się piękny dwadzieścia lat temu? Leżałem tutaj i wtedy. Widziałem, jak rozradowany patrzysz na swojego pięcioletniego syna, biegającego za waszym psem po trawie. Jaką radość przynosiło mu rzucanie tego spróchniałego patyka i obserwowanie jak zwierzę przynosi go z powrotem. Wierzchem dłoni ocierasz mokre od łez oczy. Ile to już lat, od kiedy nie widzieliście się? Trzy, może cztery, komu chciałoby się to liczyć? Może Twojej cudownej żonie. –podpowiadam cicho, lecz nie słyszysz. Nie mogła znieść faktu, że Twoja miłość do butelki jest silniejsza od tej, którą przyrzekałeś jej przy ołtarzu. Wracając do waszego zadbanego domu, późną nocą zwyczajnie zobaczyłeś swoje rzeczy przed drzwiami. I tą kartkę z mrożącą krew w żyłach wiadomością, że zmieniła zamki i że… że nie potrafi dalej cierpieć, kochając Cię.

Co mogłeś zrobić? Odszedłeś, topiąc swoje smutki w butelce. Pierwszej, drugiej, czterdziestej, setnej… Czasem widziałeś ją. Jak pięknie, z godnością starzała się, nie próbując ukrywać coraz to większej ilości siwych włosów. Widziałeś też swojego syna. Widziałeś jak przychodzi do parku z kolegami, paląc za starym murem tanie papierosy. Odwracałeś wzrok, kiedy patrzył na Ciebie z pogardą, nie mogąc znieść faktu, że ten obrzydliwy alkoholik jest jego ojcem. Nie mogłeś nawet zwrócić mu uwagi, że używki nie są dla niego, że nie warto się przy nich zatrzymywać. Co by odpowiedział? „I kto to mówi?
- Zniszczyłem to. – mówisz cicho. Tak, żeby nikt przypadkiem nie ujrzał Twojej słabości. Zresztą, kto mógłby ją teraz ujrzeć? Wszystkie szczęśliwe rodziny teraz stoją, zgromadzone wokół stołów pełnych wyszukanych smakołyków, może właśnie dzielą się opłatkiem? Ile byś dał, żeby tam być? Żeby syn objął Cię tak, by zabrakło tchu w Twoich starych płucach i żeby żona patrzyła na was ze łzami w oczach?

Bezradność zniosła Cię na drugi plan, alkoholowa powódź znieczulała Cię na szept własnego serca. Powoli kładziesz się na ławce. Zaciskasz powieki, spod których wymykają się dwie zbłąkane łzy. Trzęsiesz się z zimna, łkając cicho. Pierwszy raz czujesz ten nieludzki strach, bo oto minął Twój czas. Jedna, najjaśniejsza gwiazda świeci Ci prosto w oczy, przypominając, że za kłębem brudnej pary ze spalin jest coś ważniejszego od Twojego przywiązania do alkoholu.

Nie wspomnienia bolały Cię najbardziej. Spośród wszystkich wymyślonych przez człowieka sposobów zadawania bólu sobie samemu jest miłość. Cierpimy zawsze dla kogoś, kto nas nie kocha, kto nas porzucił, dla kogoś, kogo sami opuściliśmy. Żyjesz samotnie od tylu lat, chociaż wcale tego nie chcesz. Każdego dnia masz nadzieję, że ktoś usłyszy Twoje niewerbalne, rozpaczliwe wołanie o pomoc.

Krzyczysz, lecz nikt nie słyszy.
Biegniesz, lecz stoisz w miejscu.
Wstajesz, by za chwilę upaść.

Jeszcze żyjesz, czy już umarłeś? Śmierć duchowa już dawno przyszła, by Cię zabrać, wiedząc, że już nigdy nie zmienisz swojego nędznego życia; że nie wrócisz do żony na kolanach, prosząc, by w końcu Ci wybaczyła; że nie wynagrodzisz swojemu dziecku tych wszystkich lat nieobecności. Pozostało Ci przejść się tylko po granicy dobra ze złem, usiąść na zerwanej skarpie życia i przytulić się do własnej samotności…

Kamień mógłby opowiedzieć miliony podobnych historii. Może wiedział też, jak bardzo Syn chciał mu pomóc, a bał się postawić ten pierwszy, decydujący krok? Pewnie zauważył łzy w oczach jego żony, kiedy widziała go, żebrującego pod supermarketem? Zapewne zastanawiał się, jak mogli go tak zostawić, jak mogli z kamienną twarzą wracać do mieszkania w swojej kamienicy, znikając jak kamień w wodę. Nie próbując pomóc mu ukamienowali go pretensjami i oszczerstwami. Wyciągnięcie do niego ręki byłoby jak kamień milowy, decydujący o ich dalszym, rodzinnym życiu. Być może wszystkim spadłby kamień z serca? Gdyby wszystkie historie mogły kończyć się szczęśliwie…

Autor: Alicja M.

Z mojej strony wielki respekt za ten genialny tekst ;)
Należą się brawa, bez dwóch zdań…

~ autor Matt w dniu maj 6, 2008.

Odpowiedzi: 3 to “Gdyby kamień potrafił mówić…”

  1. mhm, brawa jak najbardziej.
    czyżby Ala słuchała Comy? ;D

  2. Słucha, słucha ;)

  3. ;*

Napisz odpowiedź